środa, 28 października 2015

"Dach nad gwiazdami" - Małgorzata Potocka

Małgorzata Potocka

"Moje córki nazywają ten dom lombardem" - mówi o swoim podwarszawskim segmencie Małgorzata Potocka. Na ścianach w kolorze intensywnej czerwieni, żółci i pomarańczu wiszą dziesiątki fotografii i obrazów. Jest mnóstwo starych mebli, bibelotów i ceramiki, własnoręcznie wypalonej przez właścicielkę. Z każdym przedmiotem wiąże się jakaś historia. Aktorka opowiada o swoich licznych przeprowadzkach, pasji zbierania pięknych rzeczy i braku umiejętności pozbycia się czegokolwiek. Mówi też, że każdy kolejny dom traktuje jako tymczasowy i zawsze ma nadzieję, że jeszcze zmieni adres. W swej obecnej siedzibie Małgorzata Potocka sporo zmieniła wśród grubszych przeróbek trzeba wymienić przesunięcie jednej ze ścian domu w głąb ogrodu i urządzenie "łazienki dla krasnoludków" pod schodami. Niespodzianek jest więcej. Zapraszamy na spotkanie w energetycznym domu pełnej temperamentu Małgorzaty Potockiej












Źródło: http://domoplus.tv/

MAŁGORZATA POTOCKA


Najpierw było tu beżowo, ale ten kolor wpędzał ją w depresję. Ściany pokryły więc ogniste, intensywne czerwienie, żółcie i pomarańcze. – Teraz, nawet jeżeli promienie słońca wpadają zza chmur, cały salon „zapala się” i przenosi mnie do Meksyku albo na Kubę – mówi nam aktorka Małgorzata Potocka. A my przenosimy się w jej świat..

Wnętrze i Ogród: W branży artystycznej jest już Pani „żywą legendą”. Mówi się o Pani pasji zbierania pięknych rzeczy i braku umiejętności pozbycia się czegokolwiek. To nieuleczalne?

Małgorzata Potocka: Trochę już się podleczyłam z tego „schorzenia”. Dziś nie zbieram wszystkiego, co leży na ulicy z racji tego, że mój dom nie ma już 1200 m2. Kiedyś taki miałam. Sprawa wyjściowa: mój tata, Ryszard Potocki, był cenionym scenografem w związku z czym, byłam wychowywana w kulcie wzornictwa, pewnej estetyki, sztuki dekoracji, ale i wynalazku, ponieważ tata był niezwykłym wynalazcą. I oprócz tego, że sam robił meble, lampy i różnego rodzaju rekwizyty, pokazywał mi ciągle, że z bardzo wielu rzeczy, które człowiek niemalże znajduje na śmietniku, można zrobić fantastyczne dekoracje. A ludzie, nie mając takiej wyobraźni, pozbywali się takich „perełek”. Ale i takie wtedy były czasy: przyszła socjalistyczna nowoczesność, pojawiły się bloki, a w nich meblościanki i każdy chciał je mieć u siebie. Ludzie wyrzucali więc tabunami te najpiękniejsze, art decowskie meble, które z kolei mnie najbardziej się podobają. To z nich urządziłam swój cały dom.


WiO: Podobno Pani córki nazywają go żartobliwie lombardem?

M.P.: Tak, ale nie tylko z powodu mojej „graciarni” (śmiech). Po prostu, w tym domu jest kilka historii życia bliskich mi ludzi. Historii, które do dziś w sobie pielęgnuję. Jest moje życie z rodzicami z czasów, kiedy byłam małą dziewczynką. Jest moje życie z Józkiem Robakowskim – awangardowym artystą i ojcem mojej pierwszej córki Matyldy. Jest moje życie z Grzegorzem Ciechowskim – wybitnym liderem Republiki i ojcem mojej Weroniki. Z każdego miejsca, w którym mieszkałam (a przenosiłam się dotąd jakieś 11 razy!), coś ważnego ze sobą zabierałam. Nie wszystko mogłam. I właściwie nie z każdego. Bo moje mieszkanie z Józkiem praktycznie zostawiłam z całym swoim dobytkiem. A z łódzkiego domu moich rodziców zabrałam właściwie tylko ten stoliczek, który stoi w salonie i fotel mamy, mocno już sfatygowany. No i oczywiście mój ukochany żyrandol – wielkie dzieło sztuki art deco, najczystszej formy. Kiedy go zawiesiłam, poczułam, że jestem w domu.

WiO: Dom tworzą rodzinne pamiątki: bibeloty i zdjęcia. Tych ostatnich jest tu najwięcej.

M.P.: Tak, ale nie są to tylko podobizny osób, z którymi jestem spokrewniona. Jest tu Witkacy i prace wielu artystów – fotografików: tych sławnych i tych mniej docenionych. Zapełniłam nimi wszystkie możliwe ściany, ponieważ nienawidzę wręcz trzymać zdjęć w pudełkach i albumach. A zdjęcia cyfrowe to już w ogóle jakiś koszmar! Za moich czasów było tak, że wszyscy jeździli na wczasy nad Morze Czarne i kręcili cały pobyt zwykłą kamerą VHS. I potem przychodziłaś – nie daj Boże! – z wizytą do takich przyjaciół, a oni włączali video i mówili z dumą: „a teraz obejrzymy film z Bułgarii”. No i wtedy byłaś załatwiona, chyba że akurat miałaś skręt kiszek albo zagrałaś omdlenie i mogłaś z tej paranoi uciec. Zdjęcia na ścianach, moim zdaniem, nie są tak inwazyjne. Mam na nich ludzi, których kocham i ukochane miejsca, które chcę pamiętać. Przechodzę obok nich kilka razy dziennie, mogę się na chwilę zatrzymać, powspominać, pomarzyć. A kiedy przychodzą goście, to o nich opowiadam. Jeśli oczywiście o nie pytają – bez natręctwa. Według feng shui nie powinno się wieszać na ścianach wizerunków ludzi, którzy nie żyją. Albo zdechłych ryb, które też mam. Wszystko to wiem i staram się tego unikać, ale… jak Weronika ma żyć bez zdjęć swojego taty, a ja bez bliskich, których straciłam? Wprawdzie odeszli, ale…wciąż tu są…

WiO: … są w Pani pamięci i w sercu. A poza tym, korzysta Pani z ich rzeczy na co dzień…

M.P.: Oczywiście, i przenoszę na nie swoją energię. Wszyscy mi mówią: „masz tak obgryzione obicia tych krzeseł, zrób z tym coś”. Ale co? Mam pójść do sklepu, kupić piękny materiał i je odpicować? Przecież ten jest autentyczny! Fakt, że na żadnym z tych krzeseł nie da się już za bardzo usiedzieć i tutaj by się raczej tapicer przydał, żeby przynajmniej druty nie wchodziły w pupę. Ale myślę, że te krzesła mają w sobie coś czułego właśnie przez to, że są tak bardzo stare, że tyle historii już przeszły, że nie mam odwagi ich odnowić.


WiO: A co w tym domu Pani zmieniła? Wprowadzając się, zrobiła Pani jakąś rewolucję?

M.P.: Przede wszystkim, rozbiłam ścianę przy schodach, dzięki czemu mogłam pod nimi zrobić łazienkę „dla krasnoludków”. Przemek Saleta, który był tutaj jednym z moich pierwszych gości, nie może do niej wejść, bo „ucina” mu głowę (śmiech). Przesunęłam także ścianę w salonie, powiększając go tym sposobem o całe 25 m2, bo tu była maleńka klitka i nie miałam, gdzie przyjmować gości. Gdybym zdecydowała się pomieszkać tu dłużej, to jeszcze bardziej powiększyłabym całe to pomieszczenie, łącząc je z oszklonym tarasem.

WiO: „Gdybym pomieszkała tu dłużej…”? Czy to znaczy, że myśli Pani o wyprowadzce?

M.P.: Myślę o tym od 10 lat, czyli od dnia, w którym się tu wprowadziłam (śmiech). Ten dom był kupiony w pośpiechu i w takiej fazie mojego życia, kiedy podejmowałam złe decyzje. Chciałam gdzieś przeczekać, aż się uspokoję, pozbieram, wyjdę z dołka psychicznego po rozwodzie z Grzegorzem – a wiadomo przecież, że wszelkie rzeczy „tymczasowe” trwają paradoksalnie najdłużej. Ten dom jest urządzony w sposób, który mi się podoba i goście, którzy przychodzą na liczne kolacje, dobrze się w nim czują, ale odkąd wyprowadziły się stąd moje córki, nie mam już żadnego powodu, by tu dalej mieszkać. Mam dość stania w korkach, dojazd pod Warszawę jest prawdziwym koszmarem. Poza tym, chcę znów mieć pracownię, aby gdzieś trzymać swoje scenariusze, ceramikę, obrazy i fotografie. Wszystko rozbija się o fundusze, niestety. Ale mam nadzieję, że kiedyś spłyną na mnie tak wielkie pieniądze, że uda mi się zakupić wymarzony apartament, gdzieś w śródmieściu (śmiech).

WiO: I tego Pani życzę. Będziemy mieć okazję do kolejnego spotkania na naszych łamach!


Rozmawiała: Ewa Anna Baryłkiewicz
Zdjęcia: Artur Krupa














Źródło: http://wnetrzeiogrod.pl/

Jak urządziła mieszkanie Małgorzata Potocka


Łódź-Warszawa-Nowy Jork. Z tym miastami Małgorzata Potocka jest od lat związana emocjonalnie, nic dziwnego, że wciąż nie może się zdecydować, gdzie chciałaby osiąść na stałe.

Chociaż na co dzień, z racji zawodu, mieszka w barwnym segmencie w jednej z podwarszawskich miejscowości, to w każdej wolnej chwili ucieka z niego do swojej ukochanej Łodzi. Tutaj się urodziła, tu się wychowała, i tu od kilku lat ma"pałacowy" apartament, a w nim salę balową z kolumnami! Co go łączy z N.Y.C.? Niech Małgorzata Potocka zdradzi to sama.
Już od progu widać, że tutaj mieszka artystka! Po kim ma Pani taki plastyczny dryg?
Mój tata, Ryszard Potocki, był cenionym scenografem - dzięki niemu byłam wychowywana w kulcie wzornictwa, sztuki dekoracji, ale także wynalazku, bo tata był niezwykłym wynalazcą. Oprócz tego, że robił piękne meble, lampy i rozmaite rekwizyty, które "grały" później w jego filmach, pokazywał mi często, że z bardzo wielu rzeczy, które człowiek niemalże znajduje na śmietniku, można zrobić oryginalne dekoracje - na dodatek tanim kosztem.
Ludzie nie mający takiej wyobraźni, często pozbywali się prawdziwych skarbów. Takie były czasy. Gdy przyszła socjalistyczna nowoczesność, pojawiły się bloki, a w nich meblościanki. Każdy chciał je mieć u siebie, więc wyrzucał z domu stare, art décowskie meble - które z kolei mnie najbardziej się podobają. I to nimi urządziłam cały swój dom, jedne gdzieś znalazłam, inne skądś dostałam.

To nie jest zwykły mebel. - Drugi taki stół stoi na Kremlu, w pokoju śniadaniowym. Był zrobiony przez Polaków dla Breżniewa - teraz jada przy nim Putin. A w Łodzi ja! - śmieje się Małgorzata Potocka.
Wtedy nikt ich nie cenił, a dziś kupienie takich mebli wiąże się z ogromnym wydatkiem.
Otóż właśnie! Tym bardziej jestem z siebie dumna - wyprzedziłam modę! (śmiech) Miejscem, w którym zawsze coś oryginalnego znajduję, jest także mój ukochany Nowy Jork, do którego nieustannie latam. Moja młodsza córka, Weronika, przeniosła się tam kilka lat temu - dzięki temu to miasto stało mi się jeszcze bliższe.
O, tam dopiero można sobie poszaleć! Nawet nie mając dolara w kieszeni! Spacerując jedynie ulicami N.Y.C., można ubrać cały dom "od stóp do głów", i to w najcudowniejsze, zabytkowe meble, ale też i w lodówki, drukarki, dywany, stoły itd. Za każdym razem przeżywam katusze na ich widok, aż mnie skręca ze złości. Bo problem polega na tym, że... nie mam jak tego wszystkiego przywieźć do Polski. Niestety... (śmiech)
A może jednak "stety"? Czytałam kiedyś taką myśl: "Nie możesz mieć wszystkiego. Bo gdzie byś to pomieścił?". Nie wiem, kto to wymyślił, ale... do Pani chyba pasuje idealnie?
O, tak! Moje córki od lat umawiają się między sobą: "chodźmy do matki - do lombardu". Tak nazywają tę moją "graciarnię" pod Warszawą - śmieje się Małgorzata Potocka. - Ale prawda jest taka, że w tym domu przewija się kilka życiorysów bliskich mi ludzi. Jest moje życie z rodzicami - z czasów, kiedy byłam małą dziewczynką i mieszkaliśmy w Łodzi. Jest moje życie z Józkiem Robakowskim - awangardowym artystą i ojcem mojej pierwszej córki, Matyldy. Jest moje życie z Grzegorzem Ciechowskim, wybitnym muzykiem, liderem "Republiki" i ojcem mojej Weroniki. Pielęgnuję w sobie te historie, są częścią mnie...
Mam też wiele rzeczy, które dostałam od przyjaciół. Oni je wyrzucali, a ja ratowałam. Żal mi było starej, "obgryzionej" kanapy albo stolika z naderwaną nóżką - więc zamiast na śmietnik, trafiały do mnie. Na szczęście, dziś już trochę podleczyłam się z tego "schorzenia". Już nie zbieram wszystkiego, co wzbudzi mój zachwyt czy żal - tylko z racji tego, że mój dom nie ma już 1200 metrów kwadratowych, jak tamten, w którym żyłam z Grzegorzem.

Terapia kolorem. Intensywne czerwienie, żółcie i pomarańcze najlepiej oddają ognisty temperament aktorki. Tę samą kolorystkę zastosowała zresztą w obu swoich domach - warszawskim i łódzkim. - Kiedy promień słońca wpada do salonu, ten momentalnie się "zapala", a ja przenoszę się myślami na Kubę albo do Meksyku - wyjaśniaMałgorzata Potocka.
To było miejsce tzw. pracy twórczej! Chociaż podobno bardziej przypominało pałac?
Tak, to był pałac, i to przepiękny. Moja przyjaciółka, też aktorka - nieżyjąca już niestety Ewa Sałacka - nazywała go "sanatorium". Bo kiedy pierwszy raz wybrała się do nas z wizytą, to nie mogła trafić, więc zadzwoniłam do niej, aby ją nakierować, a ona mi powiedziała: "jestem już na waszej ulicy, ale domu nie widzę. Minęłam już sanatorium, za nim ciągną się jakieś budki, jadę więc dalej". A ja na to: "Nie, nie, nie! Wracaj do sanatorium. Tu jesteśmy!". (śmiech) No i tak już zostało. Oczywiście, nie muszę dziś mówić, jak wielkim błędem było sprzedanie tego domu... Z drugiej strony, w życiu nie powinno się niczego żałować, patrzeć wciąż do tyłu, katować się ciągłymi pytaniami: "i po co mi to było?", "dlaczego tak głupio postąpiłam?". Staram się więc walczyć z czarnymi myślami. Chociaż, kurcze blade, szkoda mi tego domu...
Pani łódzkie mieszkanie, w którym dziś gościmy, też jest urządzone w stylu pałacowym...
O tak, to też jest "pałac"! Ma nawet salę balową - z pięknym widokiem! I też jest przeze mnie urządzone w niezwykły sposób. Ale już sama ta ogromna przestrzeń i cztery metry wysokości robią na ludziach wrażenie. Są mocne kolory, meble art déco, kanapy od mojej córki Matyldy, stół od Pawła Olbrycha. Stół niezwykły - drugi taki stoi na Kremlu, w pokoju śniadaniowym. Był zrobiony przez Polaków dla Breżniewa - teraz jada przy nim Putin. A w Łodzi ja!
W tym mieszkaniu żyłam na co dzień tylko cztery lata, w tej chwili jeżdżę do niego z sentymentu raz w miesiącu, na jakiś weekend, by nacieszyć się tym miejscem. Włączam stare radio i słucham muzyki. Mam nawet obsesję tropienia przyjaciół, którzy w jakiejś sprawie udają się do Łodzi. Natychmiast do nich dzwonię i badam, potem przywożę im klucze i każę spędzić noc w moim łódzkim mieszkaniu. Już tyle osób sterroryzowałam, że nie jestem w stanie policzyć! (śmiech) W końcu dojdzie do sytuacji, w której każdy każdego zacznie ostrzegać: "Tylko nie mów Małgośce, że jedziesz do Łodzi!".

Sentymentalne powroty. W tym mieszkaniu aktorka mieszkała na co dzień, będąc dyrektorem łódzkiego ośrodka TVP Teraz przyjeżdża tu na jeden weekend w miesiącu - żeby nacieszyć się tym miejscem. Włącza stare radio (ma ich zresztą sporą kolekcję!) i słucha muzyki. To miejsce działa na nią kojąco.
Z czego jest Pani najbardziej dumna? Jaką rzecz udało się Pani "upolować" do pałacu?
Te piękne krzesła, które stoją w salonie! Ich historia jest naprawdę niesamowita. Parę lat temu poleciałam na krótki urlop do Nowego Jorku, żeby odwiedzić córkę. Weronika jeszcze wtedy studiowała, więc kiedy była na zajęciach, jej przyjaciel zabrał mnie do Antique Shop, czyli do mojego ukochanego sklepu wnętrzarskiego. Bo ja zawsze tam chodzę - chociażby po to, żeby się pogapić na te piękne rzeczy! I zawsze coś tam kupuję: oprawkę do okularów albo kolejne okulary, albo coś, co mogę bez problemu przewieść przez granicę. Wtedy jednak zobaczyłam osiem krzeseł - z karteczką, która informowała, że pochodzą z dekoracji filmu "Cotton Club".
No, to sama pani rozumie, że nie mogłam wyjść ze sklepu z pustymi rękami. Stałam przykuta widokiem tych krzeseł i myślałam o tym, że bez nich całe moje życie straci sens - śmieje się Małgorzata Potocka. - A one w dodatku były naprawdę niedrogie. Więc je kupiłam. Chwilę później stałam na środku Nowego Jorku z ośmioma krzesłami, co było dość surrealistycznym zjawiskiem. Córka mnie stamtąd odebrała i... wtedy dopiero zaczęła się moja droga przez mękę. Poszłam do firmy pol-coś-tam, sławnej firmy przewozowej, która ma polskie korzenie. Okazało się, że cena przewozu tych ośmiu krzeseł przez ocean jest 10 razy większa niż ta, którą za nie zapłaciłam.
Nowoczesna kanapa obok szacownych antyków i staroci "z duszą", wyszperanych na pchlich targach i w antykwariatach, ocalonych przed zniszczeniem. I tak powstało eklektyczne wnętrze.

Piękna maszyna Singera należała kiedyś do jej mamy. - Na niej szyłam swoje pierwsze sukienki na premiery - wspomina gwiazda.

I jak sobie Pani poradziła?
Sposobem! Pewna mądra głowa doradziła mi, że jeśli będę wysyłała krzesła pojedynczo, to za każdą przesyłkę zapłacę 20 dolarów. Proszę więc sobie teraz wyobrazić, że dyrektor telewizji łódzkiej (bo taką pełniłam wtedy funkcję), przez dwa miesiące dostaje takie dziwne przesyłki. Że co tydzień pod gmach telewizji podjeżdża ciężarówka, zaś chwilę później ktoś przynosi mi wielką paczkę z Ameryki. Oczywiście, wszyscy pracownicy zastanawiali się, co to takiego i od kogo to dostaję. Bo ja, wstydząc się troszkę tego procederu, od razu zawoziłam te paczki do swojego mieszkania. A po całym oddziale chodziły plotki i legendy - co w tych paczkach jest, a raczej czego tam nie ma, jakie ja interesy prowadzę i na czym się dorobiłam - śmieje się Małgorzata Potocka.
Ja im się nie dziwię. W takich chwilach wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach!
Oczywiście! Ja też im się nie dziwię. Ale ucięłam te spekulacje, bo któregoś dnia zaprosiłam kolegów do siebie i pokazałam im krzesła: "oto jest właśnie zawartość tych paczek". Była z tego niezła zabawa. Opowiedziałam, jak obarczyłam robotą biednego przyjaciela Weroniki, jak z uporem maniaka pakował te krzesła, co tydzień chodził na pocztę i stał w przepastnych kolejkach (bo poczta amerykańska jest najgorsza na świecie - polska przy niej to mistrzostwo świata!), i jakim nakładem pracy te paczki do mnie dotarły. (śmiech) Po tej przygodzie byłam już wiele razy w Nowym Jorku - i za każdym razem coś znalazłam: a to szafkę, a to stoliczek, lustro. Naprzywoziłam też wiele kolorowych walizek - ale te akurat łatwo przetransportować.
Sypialnia. Większość mebli i bibelotów pani Małgorzata Potocka przejęła "w spadku" od przyjaciół albo kupiła na pchlich targach i sklepach z antykami.

Kuchnia i jadalnia. Czarno-biała mozaika, która zdobi podłogę kuchni i jadalni, idealnie sprawdza się w aranżacji "pałacowej". Zwłaszcza jeśli tłem są dla niej mocne ściany w kolorze "królewskiej" purpury.

Rozumiem, że nigdy nie brała Pani nawet pod uwagę, aby skorzystać z usług designera?
Nigdy! Jestem artystką, sama projektuję wnętrza. Ale gdybym budowała dom, o czym marzę, na pewno potrzebowałabym pomocy konstruktora, który przeniósłby mój pomysł na papier i stworzył przyjazne ciągi komunikacyjne. Nie znam się na tym zupełnie, nie jestem przecież wykształconym architektem. Jestem natomiast - jak wspomniałam - córką scenografa, i od dzieciństwa na wyrywki potrafię czytać projekty scenograficzne. Dlatego, gdy projektanci albo scenografowie pokazują mi jakieś swoje architektoniczne papiery, mówiąc: "a teraz pani wytłumaczę, co i jak", odpowiadam: "nic nie musi mi pan tłumaczyć, ja to wszystko widzę".
Dotąd zmieniała Pani adres 11 razy! Naprawdę marzy Pani o kolejnej przeprowadzce?
Marzę o niej od dnia, gdy zamieszkałam w domu pod Warszawą. Nigdy nie czułam się w nim najlepiej. Łódzkie mieszkanie jest cudne, ale... na co dzień pracuję w stolicy. Zresztą, marzę o tym, żeby mieć własną pracownię artystyczną. A żeby ją stworzyć, muszę mieć dom. Na razie projektuję go w myślach. Gdy ktoś mnie pyta: "czy pani medytuje?", odpowiadam: "od wielu lat". Bo w momencie, kiedy mam chandrę, jest mi źle i smutno, natychmiast próbuję odrzucić natrętne myśli, które mnie dręczą - jakieś nieprzyjemne wspomnienia, nieszczęścia itd. I wtedy w ułamku sekundy włączam guzik pod tytułem "buduję dom". Krok po kroku - jest wstępny rysunek, układ pomieszczeń, rozkład ścian, dobieranie do nich farb, malowanie. Kiedy zrobię dół, wchodzę po schodach, otwieram okno, rozglądam się wokół, potem przemieszczam się po pokojach itd. Kiedy zacznę tak fantazjować, to nie zauważam, że przeleciało osiem godzin.
Pokój kąpielowy. W urządzaniu wnętrz potrzebny jest silny motyw przewodni oraz spójna kolorystyka.Małgorzata Potocka wie o tym doskonale. Dowód? Z niewielkiej łazienki stworzyła "pałacowy" pokój kąpielowy.

Wspomnień czar... Ten turkusowy fotel aktorka zakupiła w rekwizytorni filmowej. - Śmieszny kicz amerykański, niczym z serialu "Dynastia" - żartuje.

Czy mogę wskoczyć na chwilę w ten fikcyjny świat? Zdradzi Pani wizję tego domu?
Z pewnością będzie w stylu bauhausu, z elementami art déco (np. wszystkie poręcze i podział okien). Jednocześnie chciałabym, żeby był bardzo industrialny - z wieloma wielkimi oknami i metalowymi poręczami. Ale przede wszystkim, musi być pięknie rozświetlony, zostanie więc zbudowany w zgodzie z naturalnym układem światła: tu okna, ciągi komunikacyjne, kuchnia, sypialnia i łazienka będą tak ustawione, aby czerpać energię ze słońca. Przecież kiedy się budzę, najbardziej potrzebne mi jest światło w łazience, popołudniu, kiedy siedzę w fotelu z książką czy scenariuszem, muszę mieć "ogień" w salonie.
Dom będzie oczywiście energooszczędny, ogrzewany i oświetlany bateriami słonecznymi. No i koniecznie przestronny - musi być w nim miejsce i na moją pracownię, i na pokoje dla gości. Salon będzie największy, bo jednocześnie stanie się galerią. Co miesiąc będę w nim organizowała wernisaż jakiegoś zaprzyjaźnionego artysty, i eleganckie przyjęcia. I to jest moje największe marzenie.
Sypialnia. Lustro z toaletką, zdobiące jej sypialnię, pochodzi z komisu meblowego w Skierniewicach. Należy do ulubionych "staroci" aktorki...

Ten przestronny pokój to po prostu sala balowa.

Turkusowy fotel Małgorzata Potocka kupiła w rekwizytorni filmowej.

Papierowa lampa z IKEA, sklepowy wieszak na ubrania, plakat... Małgorzata Potocka kocha zbierać przedmioty, które wpadną jej w oko.

Ceramiczna maselniczka-krowa.

Widok na kącik jadalny w kuchni.

Na starej maszynie do szycia Singera dziś stoi zdjęcie aktorki.

Stary ebonitowy telefon, butelki z grubego szkła - te zwyczajne przedmioty mają niezwykły urok.

Małgorzata Potocka uwielbia stare radia, ma ich całą kolekcję.

Pamiątki na parapecie.

Biało-czarna szachownica na podłodze i czerwone ściany wyglądają niezwykle efektownie.

Czerwień dominuje także w kuchni - w tym kolorze są ściany, obrus, rolety w oknach. W połączeniu z szachownicą na podłodze oraz białymi i szarymi meblami wygląda niczym filmowa scenografia.

Te czerwone krzesła przyleciały prosto z Manhattanu. Kiedy aktorka znalazła je w ulubionym nowojorskim sklepie z antykami i odkryła, że były rekwizytami w filmie "Cotton Club", stało się jasne, że bez nich jej życie na zawsze straci sens... Teraz są największą ozdobą jej salonu.

Leokadia Szymanska "Gone with the Wind" - plakat.

Kolejne stare radio "przycupnęło" na regale.

Radio Szarotka - jedno z wielu w kolekcji Małgorzaty Potockiej.

Kryształowa lampka.

Na komodzie barwny miks bibelotów: obok rżniętych kryształów stoją stare butelki z grubego szkła, gliniane dzbanki, stary ebonitowy telefon, haftowane na kanwie róże, zdjęcia...


Źródło: czasnawnetrze.pl